Mam dziś dla Was bardzo wyjątkowy post. Wyjątkowy – bo napisany przez Anitę, moją czytelniczkę. Podzieliła się ona ze mną swoją językową historią i tak pięknie ją opisała, że postanowiłam koniecznie  Wam pokazać. O języku niemieckim. Poczytajcie…

[spacer style=”1″]

Długo rozmyślałam od czego zacząć. Może najpierw się przedstawię. Mam na imię Anita, mam 30 lat i jestem nauczycielką j. niemieckiego. Mieszkam w mojej malutkiej, aczkolwiek przytulnej kawalerce. Nie jestem poliglotką. Do tego raczej typem introwertyka, który wciąż wszystko analizuje i za dużo myśli.  Nieśmiałość to coś, co mi towarzyszy od dziecka, choć wtedy raczej określiłabym się Dzikusem ;-)

MYŚLIWI Z ZAGRANICY

Kiedy miałam jakieś 4 lata, mieszkałam z rodzicami i dziadkami w pewnym poniemieckim pałacu. Moja babcia – matka mojego taty jest Niemką, jednak NIGDY nie zamieniła ze mną słowa po niemiecku. Nawet mojego tatę nigdy nie uczyła niemieckiego, choć sama szybko nauczyła się mówić po polsku (z radia i od polskich koleżanek). Chyba obawiała się szykanowania ze strony Polaków i chciała stać się Polką. Mój dziadek prowadził wtedy polowania dewizowe i gościł myśliwych przede wszystkim z Niemiec, Rosji, Danii, Belgii i Francji. Z każdą grupą myśliwych przyjeżdżał tłumacz- oprócz grup niemieckich, bo z nimi rozmawiała babcia. Ponieważ w mojej okolicy nie było wiele dzieci, w zasadzie tylko 2 dziewczyny, z którymi się nie dogadywałam, spędzałam czas na zadawaniu pytań właśnie tym tłumaczom. Chyba nie wszystkim się to podobało, ale byłam bardzo ciekawa wszystkiego ;-) Pamiętam jednego z nich – pana w średnim wieku od francuskiego. On czytał gazetę w salonie, babcia donosiła mu kawę i własne wypieki a ja obok w wielkim fotelu, z szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w niego i pytałam, pytałam, aż do momentu kiedy nie ukrywał zniecierpliwienia.

BAJKI

Przełomem było zakupienie przez moich rodziców satelity. Boszzz…, pamiętacie ten szał? Miałam 5 lat i byłam wystarczająco bystra żeby zauważyć, że o konkretnych godzinach lecą fajne bajki na niemieckich kanałach. Moim ulubionym był RTL 2. Oglądałam je nałogowo. Tak, 6 bis 8 Stunden pro Tag. I tak przez kolejne 10 lat. Oczywiście z wiekiem poszerzałam repertuar, czyli doszły filmy, czasami talk-show’y, wiadomości, koncerty na niemieckim MTV itd.. Niemiecki dubbing mi w ogóle nie przeszkadzał.

Ale wróć. Mam 5 lat i siedzę z rozdziawioną buzią przed niemieckimi bajkami (które swoją drogą były pouczające i uczyły wrażliwości). Nic nie rozumiałam, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Byłam zafascynowana akcją. Totalnie. Nie zastanawiałam się nad słowami, po prostu obserwowałam co się dzieje na ekranie i intuicyjnie wiedziałam o co chodzi. Z czasem rozumiałam coraz więcej. Nagrywałam starym magnetofonem na kasetę piosenki z intro moich ulubionych bajek. Potem ich słuchałam bez końca i śpiewałam na całe gardło w ogrodzie bujając się na huśtawce. Czasami nieświadomie wplatałam niemieckie słowa do moich wypowiedzi – to z relacji mojej mamy. Wydawało mi się wtedy, że wszyscy rozumieją niemiecki tak jak ja. Teraz z perspektywy czasu wydaje mi się to dziwne, ale wtedy, jako dziecko, tak właśnie myślałam. No dobrze, byłam na etapie, w którym rozumiałam 95% tego, co słyszałam w tych bajkach. Z filmami było trochę gorzej, bo w nich mówili szybciej i mniej wyraźnie.

PIERWSZE SŁOWA

Rozumienie rozumieniem, ale co z mówieniem?? To jest historia przedziwna, może banalna, ale na bank jej nie zapomnę. Miałam 7 lat. Zamiast wyjść naprzeciw myśliwym z Niemiec, którzy czatowali na mnie u mojej babci, żeby wręczyć mi słodycze, ja chowałam się za krzakami, aby przejść niezauważona przez ich korytarz, aż do wielkiego ogrodu kwiatowego dziadków. Uwielbiałam go. Był ogromny, pachnący kwiatami, które często były większe ode mnie, tak że czułam się jak w kwiatowej dżungli. Wśród tych drzew, krzewów i kwiatów stała sobie myśliwska antrejka dziadka, taki drewniany domek obwieszony porożami i obrazami o tematyce myśliwskiej. Tego dnia byłam wyjątkowo zestresowana, bo babcia gościła pewnego generała z Berlina i jego prawie 100-letnią matkę, którzy przed wojną byli właścicielami pałacu w którym mieszkaliśmy my i kilka innych rodzin. Widziałam go przez okno, był wysoki, poważny i taki niemiecki. Bałam się go, choć go nie znałam. Kiedy weszłam do mojej kwiatowej dżungli, poczułam się bezpiecznie. Aż tu nagle… widzę że od strony antrejki ktoś się do mnie zbliża. Chciałam uciekać, ale on mnie uprzedził i krzyknął rozkazująco – warte! I to była moja pierwsza sytuacja w życiu, kiedy musiałam mówić po niemiecku. O wszystko mnie wypytał. Musiałam powiedzieć, że jestem wnuczką mojej babci, że chodzę już do szkoły, że mam brata i… jak się nauczyłam j. niemieckiego. Co kilka sekund pytał z niedowierzaniem, czy na pewno go rozumiem, a ja ze zdenerwowania miętoliłam złoty kolczyk przy uchu i mówiłam, zgodnie z prawdą, że tak. Wziął mnie za rękę i przedstawił swojej matce, mówiąc z zachwytem, że znam niemiecki i ciągle pytał moją babcię czy to prawda, że ona mnie ani słowa nie nauczyła i że ja wszystko sama.

Pomijając moje emocje i nieśmiałość, to było mega dziwne uczucie wypowiadać słowa które rozumiem, ale które nigdy nie przeszły przez moje gardło. Mówiłam wolno i niepewnie, dziwiąc się coraz bardziej po każdym wypowiedzianym słowie. A jeszcze bardziej mnie dziwiło, że on je rozumie i odpowiada – a ja go również rozumiem :-) Potem miałam kilka okazji, żeby mówić po niemiecku. M.in. Musiałam odbierać telefony kiedy dziadków nie było w domu i często trafiałam na niemieckich rozmówców. Radziłam sobie, choć byłam mała i strasznie nieśmiała. Jak dzwonili jeszcze raz o godzinie podanej przeze mnie, żartowali, pytając babcię, co to za mała Niemka mieszka u nich w domu. Jak miałam 8 lat miałam koleżankę z Niemiec. Widywałyśmy się może raz w roku, a potem raz na kilka lat, ale te kilka dni które u mnie spędzała, były dla mnie super treningiem językowym. Będąc w 5 klasie SP myślałam po niemiecku, tłumaczyłam sobie w myślach zdania. Miałam z tego radochę.

DUŃCZYK PIES

Przypomina mi się też dość zabawna historia. Niektórzy z zagranicznych myśliwych przywozili ze sobą psy na polowania. A ja – mam kompletnego bzika na punkcie psów! Uwielbiam, kocham! :-) Pewnego dnia, przyjechała kolejna grupa myśliwych, tym razem z Danii. Jeden z nich miał ze sobą młodego psa – pięknego wyżła weimarskiego. Oszalałam z radości widząc go przez okno, schowana za zasłonę X-D Na drugi dzień, wiedząc, że myśliwi są już na polowaniu i nic mi nie grozi, pobiegłam do babci. A tam czekała ma mnie super wiadomość, myśliwi pojechali do lasu, ale pies został! Zaniosłam mu jedzenie, wodę i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Od razu wpadłam na genialny pomysł i poprosiłam babcię, żeby zapytała właściciela czy mogę go jutro wyprowadzić na spacer. Zgodził się. Uradowana pobiegłam następnego ranka do babci. Założyłam mu smycz i przekroczyliśmy próg domu… Wyżełek był zachwycony, gnał do przodu ciągnąc mnie za sobą. Ledwo nadążałam przebierać nóżkami, miałam dopiero 7 lat. Próbowałam wydawać komendy po polsku, ale szybko się zorientowałam, że on ich nie może rozumieć! Spróbowałam po niemiecku: Halt! Stop! Komm! Sitz!… (komend nauczyłam się z bajki Heidi i innych w których występowały psy :-)) Nic z tego. Szedł do przodu jak burza, a moje wątłe rączki ledwo trzymały smycz. Pies poliglotą nie był. Ja również nie umiałam przemówić do niego po duńsku. Wiedziałam jedno, muszę wrócić do domu. Zaparłam się z całych sił i ciągnęłam nieszczęśnika za sobą. Musiało to wyglądać dość komicznie. Babcia była zdziwiona naszym krótkim spacerem, a ja i pies byliśmy…. rozczarowani. Może gdybym znała te kilka komend po duńsku oboje bylibyśmy ukontentowani :-)

SZKOŁA, CZYLI SMUTNA RZECZYWISTOŚĆ

Kiedy miałam 7 lat, stała się rzecz straszna. Poszłam do szkoły.  Od tego momentu zaczęły się moje problemy. Przed pójściem do szkoły byłam otwartym i odważnym dzieckiem, ale moja nauczycielka była potworna. Wciąż na nas krzyczała, zwracała się do nas po nazwisku, wyzywała nas i straszyła. Nagle zamieniłam się w przerażoną istotę, której mottem było „przepraszam, że żyję”. Od tego zaczęła się też moja chorobliwa nieśmiałość. Na tym blogu jest wywiad z pewną panią, która uważa odwagę za duży atut podczas nauki języków – zgadzam się w 100%. Ja byłam totalnym przeciwieństwem odwagi, ale na szczęście pojawiły się w moim życiu drobne sytuacje, które trochę podbudowały wiarę we własne możliwości.

W 5 klasie wszedł język obcy. W mojej szkole był to rosyjski. Początek nie był łatwy. Nauczycielka podawała zdania do przetłumaczenia na j.rosyjski, a ja tłumaczyłam je w myślach po niemiecku. Nasz podręcznik był typowo komunistycznym wytworem. Czytanki, czytanki, opowiadanie i streszczanie tych czytanek z pamięci i ćwiczenia gramatyczne do bólu. Mimo to, kończąc 8 klasę, potrafiłam wypowiadać się na różne tematy bez wielkich problemów, np. opowiedzieć w skrócie historię powstania St.Petersburga. Po tej wiedzy nie ma prawie śladu. Pamiętam jeszcze jak jest po rosyjsku żółw i kilka podstawowych zwrotów, pamiętam cyrylicę i nic poza tym. Może kiedyś wrócę do rosyjskiego, podobał mi się.

Kiedy trafiłam do pewnego renomowanego LO w moim mieście na profil z rozszerzonym j.niemieckim, przeżyłam rozczarowanie. To był mój pierwszy szkolny kontakt z niemieckim. Nigdy nie uczyłam się go w szkole czy na jakimś kursie, wszystko nauczone z  tv, jak opisywałam. Nawet nigdy nie trzymałam w dłoni słownika polsko-niemieckiego. Kolejny problem – PISANIE. Czytałam intuicyjnie – dobrze. Nie było to trudne. Ale pisanie… Ja nawet w j.polskim błędy robię… Lekcje mnie nudziły. Nie przygotowywałam się do nich. Odpowiadałam zawsze z marszu i zawsze robiło to wrażenie na klasie, ale pani nauczycielka nie podając powodu zawsze stawiała mi 4. Ktoś, kto klepał na pamięć i to z błędami, nie wiedząc często co, był bardziej doceniany. Kiedy w 2 klasie LO chciałam wziąć udział w olimpiadzie z j. niemieckiego, nauczycielka powiedziała, że nie, bo on jest dla trzecioklasistów. Może i dobrze, bo kompletnie nie znałam się na teorii z gramatyki, potrafiłam jej używać, ale nie znałam zasad. Kiedy w jakiejś pracy domowej użyłam czasu Perfekt, oskarżyła mnie że ktoś mi ją napisał. Wiedziałam, że to nie szkoła dla mnie. Przeniosłam się do niemieckiej szkoły. Ta zmiana bardzo rozwinęła mi skrzydła. Potem były studia w Polsce, germanistyka.

To nie był koniec mojej przygody z językami. Po próbach uczenia się hiszpańskiego na czacie (z niezłym skutkiem), portugalskiego z moim partnerem życiowym i teściami, norweskiego na platformie online z Norweżką (po hiszpańsku) i dramatycznych prób zmotywowania się do nauki angielskiego (Tak. Wiem. Nic nie mówcie ;-)), szukam mentora / -ów, którzy dadzą mi kopa energii. Sandra jest jednym z nich. Pozdrawiam z uśmiechem :) . …:::Anita:::…

 [spacer style=”1″]

Mam nadzieję, że historia Anity Ci się spodobała. Jeśli chciałabyś ją zapytać o coś w komentarzach, to Anita chętnie odpowie :)

Podobne artykuły

Strona korzysta z plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies możesz określić w Twojej przeglądarce.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Zamknij