Dziś mam dla Was coś extra. Właśnie skończyłam przeprowadzanie wywiadu z Ajką, autorką Prostego Blogu. Jest to jeden z moich ulubionych blogów. A jego autorka to poliglotka i tłumaczka hiszpańskiego, francuskiego i angielskiego 🙂 Przygotujcie sobie dobrą niedzielną kawkę albo herbatę i ciasteczka, bo będzie duuużo czytania 🙂 Zapraszam!

 

Witaj Aniu, zaraz na początku muszę o to zapytać: jakie znasz języki obce?
Hiszpańskim i francuskim posługuję się biegle, angielski znam doskonale biernie, a czynnie trochę gorzej – bo odrobinę zardzewiałam, ale byłabym w stanie dość szybko go odświeżyć. Włoski w stopniu podstawowym. W szkole podstawowej i średniej uczyłam się również rosyjskiego, ale niewiele już pamiętam. Na studiach miałam 3-letni kurs katalońskiego, po którym została mi bierna znajomość na średnim poziomie. Była też łacina – wystarczająca do zrozumienia sentencji czy popularnych wyrażeń. Przez bardzo krótki czas uczyłam się jidisz i esperanta – ale po nich nie został nawet ślad.

 

To skupmy się na tych które znasz najlepiej.  Możesz opisać w jaki sposób uczyłaś się francuskiego i hiszpańskiego? Domyślam się, że studiowałaś te języki?

Angielskiego wolałabym nie pomijać, bo od niego właściwie zaczęło się moje zamiłowanie do języków, to on otwarł mi dalsze możliwości. Uważam, że znam go na bardzo wysokim poziomie, tłumaczę często bardzo skomplikowane materiały, jedynie musiałabym go nieco odświeżyć, gdybym miała się nim posługiwać czynnie na wyższym niż średni poziomie.

W szkole podstawowej marzyłam o tym, by uczyć się angielskiego, ale nie było to możliwe, obowiązkowo uczono nas tylko rosyjskiego, który w związku z tym znienawidziłam, jak niemal każdy, kto był do niego zmuszany. Próbowałam samodzielnie uczyć się z kursu na płytach, ale nie szło mi to najlepiej. Spisywałam sobie fonetycznie tytuły piosenek z listy przebojów Trójki, próbowałam wykoncypować znaczenie poszczególnych słów, marzyłam, by rozumieć, o czym mówią teksty.

Gdy w liceum wreszcie mogłam wybrać język obcy, rzuciłam się na angielski wygłodniała i wykorzystywałam każdą okazję, by poznać go jak najlepiej. Zresztą tych możliwości było coraz więcej, to był początek lat 90-tych, więc dostępność materiałów była coraz lepsza. Pod koniec liceum chodziłam też na dodatkowy kurs w prywatnej szkole, który dla rodziny był znacznym obciążeniem finansowym. Wysiłek nie poszedł na marne, na maturze zdawałam pisemnie angielski rozszerzony, jednocześnie podeszłam do egzaminu FCE (z dobrym wynikiem). Uważam, że to świetny rezultat jak na cztery lata nauki od zera. Dowodem na to, że nie było to zbyt typowe zjawisko, był fakt, że przed maturą zostałam wezwana na dywanik do dyrektorki szkoły, która zaczęła mnie straszyć, że sobie nie poradzę na egzaminie i na pewno obleję, bo przecież niemożliwe, bym zdała egzamin rozszerzony, skoro uczęszczam do klasy z angielskim na poziomie podstawowym.

Dzięki temu, że angielskim posługiwałam się już sprawnie, zdałam egzamin wstępny na filologię hiszpańską. To był dość szalony pomysł. Nie miałam pojęcia ani o języku, ani o Hiszpanii, która kojarzyła mi się tylko z inkwizycją i Cervantesem. Wiedziałam tylko tyle, że nauka języków jest tym, co sprawia mi wielką przyjemność. Bardzo często w wolnym czasie dla rozrywki tłumaczyłam sobie jakieś teksty albo rozwiązywałam ćwiczenia z gramatyki i słownictwa, tak, jak inni rozwiązują krzyżówki.

Ku swojemu zdziwieniu, mimo ostrej konkurencji, zdałam egzamin wstępny. Okazało się, że w ciągu roku musimy opanować język hiszpański na tyle dobrze, by na drugim roku móc już uczestniczyć w zajęciach prowadzonych w tym języku i zdawać w nim egzaminy. Jednocześnie obowiązkowo musiałyśmy uczyć się francuskiego, również w dość szybkim tempie.

Ten pierwszy rok był więc czasem bardzo intensywnej nauki. Hiszpański był priorytetem, rzecz jasna, ale francuskiego nie dało się zlekceważyć, bo nasze lektorki były bardzo wymagające i dawały nam niezły wycisk. Nie da się ukryć, że to trudny język, zwłaszcza na początku. Próbowałam jeszcze jednocześnie nadal chodzić na zajęcia z angielskiego, bo marzyło mi się podejście do egzaminu na poziomie Proficiency, ale uświadomiłam sobie, że nie dam rady ciągnąć intensywnej nauki trzech języków na raz, jednocześnie dojeżdżając do Krakowa 30 km pociągiem (w końcu na trzecim roku zdałam egzamin Cambridge Advanced).

Po pierwszym roku z hiszpańskim radziłyśmy już sobie całkiem nieźle, ale z francuskim nadal większość grupy miała spore problemy. Z czasem zrozumiałam, że nie będę w stanie opanować go w takim stopniu, jakbym chciała, jeśli nie wyjadę za granicę. Stąd wzięła się decyzja o urlopie dziekańskim w połowie studiów. Wyjechałam do Paryża, by pracować początkowo jako opiekunka do dzieci, a potem jako pomoc domowa. Gdy wróciłam na studia, nie było już żadnych trudności ze zdawaniem egzaminów z lektoratu, a przez kolejnych parę lat utrzymywałam kontakt z tą rodziną, u której gotowałam i sprzątałam, spędzałam, pracując u nich, wszystkie wakacje (także przez pewien czas po dyplomie). W ten sposób dorabiałam sobie do stypendium i jednocześnie nadal szkoliłam język, poznawałam kulturę kraju.

Na piątym roku zaczęłam również wyjeżdżać do Hiszpanii, najpierw na stypendium, potem na własny koszt. Wtedy hiszpańskim posługiwałam się już biegle, ale żywy kontakt z językiem to jednak zupełnie inna sprawa niż uczenie się go z książek i ćwiczeń.

 

No dobrze, a jaki miałaś sposób nauki angielskiego oprócz rozwiązywania ćwiczeń gramatycznych w miejscu krzyżówek? 🙂 Nauczyłaś się angielskiego od podstaw dość szybko i zdałaś rozszerzoną maturę.  Czy miałaś jakąś wyjątkową metodę nauki? Jak ta nauka wyglądała? Na czym polegała? 

Nie wiem, czy była wyjątkowa. Nauka języka zawsze sprawiała mi przyjemność, nie traktowałam jej jako obowiązku czy przymusu. Cieszyło mnie, że z każdym poznanym słowem czy konstrukcją gramatyczną mogę wyrazić albo zrozumieć odrobinę więcej. Uczyłam się wielotorowo, wykorzystywałam różne okazje. Spisywałam ze słuchu teksty piosenek i próbowałam je tłumaczyć, a z wątpliwościami zgłaszałam się do nauczycielki. Gdy w czasopismach zaczęto drukować teksty popularnych przebojów, słuchałam piosenek, czytając jednocześnie ich słowa. Uczyłam się fragmentów na pamięć.

Rozwiązywałam testy. Wtedy zaczęły pojawiać się pierwsze czasopisma z pomocami do nauki angielskiego, czytałam więc te gazetki, one oferowały zabawniejsze materiały niż te w szkolnych podręcznikach. Dostałam od mamy kalendarz do zrywania, w którym było słowo lub przysłowie na każdy dzień. To były czasy przedinternetowe, więc trzeba było sobie radzić z tym, co było dostępne w szkole, bibliotece. Czytałam opowiadania, starając się zrozumieć jak najwięcej bez zaglądania do słownika.

Trudniejsze słówka albo konstrukcje gramatyczne wypisywałam sobie na kartce i wywieszałam w miejscach, na które często patrzyłam – nad biurkiem, na szafkach, w łazience na szafce na przeciwko sedesu (ta technika przydała się zwłaszcza na studiach, gdy często trzeba było nauczyć się np. wielu wzorców odmiany w bardzo krótkim czasie).

Studiowałam każdy dostępny tekst angielski, który wpadł mi w ręce, instrukcje obsługi, opisy na opakowaniach, metki (zresztą zostało mi to do dzisiaj, czytam wnikliwie wszystkie teksty na opakowaniach, jeśli tylko znam język producenta). Każde najdrobniejsze i z pozoru nieistotne słowo może się przydać.

Starałam się, by język, którego się uczyłam, był obecny na każdym kroku. Nie tylko na lekcjach w szkole, ale codziennie, bez szczególnej okazji. Nie uczyłam się go, by zdać jakieś tam egzaminy, ale by rozumieć więcej i lepiej się komunikować.

 

O matko! Też pamiętam te czasy, kiedy człowiek rzucał się na każdy najmniejszy skrawek tekstu 🙂 Czy do nauki hiszpańskiego i francuskiego wykorzystywałaś te same techniki?

Tak. Z tym, że hiszpańskiego musiałam uczyć się o wiele bardziej intensywnie, więc doszło sporo pracy pamięciowej, takiego klasycznego uczenia się słówek i wzorów odmiany.

Natomiast francuski sprawiał mi dużo trudności na początku i wydawało się, że nawet największe starania nie przynoszą specjalnych efektów. Dopiero wyjazd pozwolił mi się odblokować poprzez zanurzenie się w kulturze i języku. Gdy nie miałam dostępu do książek w języku polskim, zmusiłam się do czytania po francusku całkiem poważnych pozycji, a wcześniej miałam tylko do czynienia z przygodami Mikołajka i „Małym Księciem”. Moją pierwszą „dorosłą” książką przeczytaną po francusku była „Nieznośna lekkość bytu” Milana Kundery. Przyjęłam zasadę, którą stosuję do dzisiaj. Sprawdzenie słowa w słowniku podczas lektury jest ostatecznością, jeśli bez niego nie jestem w stanie zrozumieć istotnego elementu akcji, a niemożliwe jest wydedukowanie znaczenia słowa z kontekstu. Na początku to dość trudna metoda, ale w miarę czytania i poszerzania się zasobu słownictwa idzie coraz łatwiej. Dzięki temu dość szybko oswoiłam się z literacką francuszczyzną i czytanie zaczęło sprawiać mi przyjemność.

 

Dlaczego zdecydowałaś się na studia hispanistyki zamiast angielskiego, skoro ten język znałaś już dobrze wcześniej a hiszpańskiego w ogóle?

Początkowo myślałam o anglistyce, bo angielski to była moja pierwsza wielka językowa miłość. Jednak moja koleżanka zwróciła mi słusznie uwagę na fakt, że studia filologiczne to nie szkoła języka (a wiele osób tak mylnie uważa), lecz poznawanie jego szeroko pojętej historii, literatury i kultury kraju. Zdałam sobie sprawę, że kultura żadnego z krajów anglojęzycznych nie pociąga mnie aż tak bardzo, bym chciała poświęcić pięć lat na jej dokładne studiowanie.

Lokalna telewizja zaczęła wtedy nadawać audycje włoskiego kanału RAI Uno, właściwie trudno powiedzieć, dlaczego. Nie było jeszcze wtedy tych satelitarnych telewizji chyba, więc byliśmy spragnieni czegoś innego niż nasza siermiężna TVP. Zaczęłam je oglądać i bardzo mi się spodobały. Nie rozumiałam prawie nic, ale wyłapywałam pojedyncze słówka, które brzmiały bardziej znajomo albo kojarzyły się z łaciną. I podkochiwałam się w Toto Cutugno, piosenkarzu, który prowadził jeden z programów, mój ulubiony „In Domenica”.

Ta sama koleżanka, która uważała, że na anglistyce umrę z nudów, rzuciła kiedyś: a może idź na italianistykę, tam nie trzeba znać języka na początku. Byłam zdziwiona tą możliwością. Gdy wybrałam się na uczelnię, by sprawdzić warunki, okazało się, że iberystyka i italianistyka są siostrzanymi kierunkami i wymagania są takie same. O Hiszpanii miałam jeszcze mniejsze pojęcie niż o Włoszech, ale wydawała mi się jeszcze bardziej interesująca, bo tajemnicza i egzotyczna.

To była szalona decyzja, patrząc z perspektywy czasu. Jednak intuicja mnie nie zawiodła. Hiszpania i kastylijski okazały się świetnym wyborem i wielką fascynacją. Teraz wiem, że ten pierwszy kontakt z Włochami w postaci programów rozrywkowych wskazał na ciągoty do kultury całego obszaru śródziemnomorskiego. Gdybym wybrała italianistykę, może moje życie potoczyłoby się nieco inaczej, ale i tak byłabym zadowolona. Dobrze czuję się w każdym z tych krajów, mam przyjaciół i znajomych z różnych śródziemnomorskich nacji.

Ale Hiszpania ma wyjątkowe miejsce w moim sercu.

Angielski nadal uwielbiam i jest obecny w moim życiu codziennie, ale cieszę się, że nie ograniczyłam się tylko do niego.

 

A dlaczego zdecydowałaś się na pracę tłumacza? Brałaś również coś innego pod uwagę? Nie żałowałaś swojego wyboru?

Marzyłam o tym, by być tłumaczem od czasu studiów. Pierwsze zlecenia udało mi się zrobić pod koniec liceum: małe tłumaczenia techniczne i korespondencję handlową dla lokalnej firmy. Byłam zachwycona tym, że mogę pomagać innym w komunikowaniu się. Odkryłam wtedy też, że dobrze mi wychodzą tłumaczenia techniczne, mam do tego dryg i sprawia mi to przyjemność. Ciekawi mnie, jak działają różne urządzenia i systemy, lubię nauki ścisłe i przyrodnicze, w liceum chodziłam do klasy biologiczno-chemicznej i na jego początku myślałam o medycynie lub farmacji, do czasu, gdy jedna z nauczycielek (rusycystka zresztą) zwróciła mi uwagę, że mam zdolności językowe i nie powinnam ich zaprzepaścić. Bardzo jestem jej za to wdzięczna do tej pory.

Gdy na studiach przyszedł czas na wybór specjalizacji, oczywistym było dla mnie, że absolutnie nie wchodzi w grę kierunek nauczycielski ani literacki, wydawały mi się mało przyszłościowe i trochę nudne. W naszej rodzinie żartujemy, że wraz z moją siostrą przełamałyśmy klątwę pedagoga, bo od paru pokoleń nauczyciel był jednym z najczęstszych zawodów w rodzinach obojga naszych rodziców. Wybrałam teorię i praktykę przekładu – to było to! Próbowałam sił w przekładzie literackim z całkiem dobrymi wynikami, nawet udało się wydać jakieś pojedyncze opowiadania w „Literaturze na świecie” i w „Antologii współczesnych opowiadań hiszpańskich”. Jednak największą frajdę dalej sprawiały mi teksty użytkowe, pracę magisterską napisałam na temat tłumaczenia przepisów kulinarnych.

Po dyplomie marzenia rozbiły się o ścianę. Nie mogłam znaleźć pracy na etacie, bo to był czas wielkiego bezrobocia. Nie miałam ani dostatecznego doświadczenia, ani kontaktów, by móc utrzymywać się z pracy tłumacza jako wolny strzelec. Owszem, zdarzały się zlecenia, ale nie było ich wystarczająco dużo. Przez moment nawet zastanawiałam się, czy nie pogodzić się z perspektywą pracy w szkole. Nie mogłam się przełamać, bałam się, że gdy raz tam utknę, już nigdy się nie wydostanę.

Udzielałam prywatnych korepetycji, potem postanowiłam wykorzystać uprawnienia pilota wycieczek zagranicznych, by dorobić sobie trochę, zanim wreszcie uda się znaleźć stałą pracę. To, co miało być zajęciem dorywczym, stało się moim zawodem na 5 lat. Turystyka to niezła szkoła życia i próba charakteru, cenne doświadczenie. W międzyczasie zdałam również egzamin na przewodnika miejskiego po Krakowie i w końcu zamieniłam pilotowanie polskich turystów za granicą na oprowadzanie cudzoziemców po kraju. To była fajna praca, ciekawa i bardzo satysfakcjonująca. Przyjemnie jest pokazywać piękno Polski innym nacjom.

Lubiłam tę pracę, ale to nie było to, o czym zawsze marzyłam.

Gdy już straciłam nadzieję na realizację swojego marzenia, Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Otwarły się nowe możliwości pracy dla tłumaczy, nawet tych bez wielkiego doświadczenia. Okazało się, że dobra znajomość trzech języków to najlepsze kwalifikacje. Zrobiłam testy próbne, przyjęto mnie do biura tłumaczeń na etat, najpierw byłam tylko tłumaczem, później też weryfikatorem i kontrolerem jakości, uczestniczyłam też często w procesie rekrutacji tłumaczy.

Od tamtej chwili każdego dnia cieszę się, że mogę wreszcie zarabiać na życie, robiąc to, co najbardziej kocham. Tłumacząc, nie mam poczucia bycia w pracy (zresztą od 4 lat jestem wolnym strzelcem). Nawet przy najcięższych zleceniach cieszę się z tego, co robię. Myślę, że nawet gdybym nie musiała zarabiać na życie, od czasu do czasu musiałabym coś przetłumaczyć dla własnej przyjemności. Ani przez chwilę nie żałowałam ani nie żałuję tego wyboru.

 

Wow, gratuluję i zazdroszczę!  I miałaś świetny temat pracy magisterskiej 🙂 Domyślam się więc, że lubisz też gotować 🙂 Czytałam na Twoim blogu, że nawet chleb sama pieczesz. Czy gotując lubisz korzystać właśnie z przepisów w różnych językach?

Sama nie wiem, czy lubię gotować. Nie sprawia mi przykrości. Gotuję, bo uważam, że to ważne. Muszę uważać na to, co jem, ze względów zdrowotnych, poza tym mam skłonności do tycia, Gotowanie pozwala mi mieć kontrolę nad tym, co wkładamy do ust.

Teraz rzadko gotuję z przepisów, bo lubię proste potrawy ze składników, które mam pod ręką, a do tego przepis rzadko jest potrzebny. Jednak gdy potrzebuję inspiracji albo konkretnej receptury, zaczynam od szukania na polskich stronach, mamy świetne blogi kulinarne. A potem, gdy nie znajduję tego, co mi odpowiada, szukam dalej, na stronach obcojęzycznych. Ostatnio szukałam dobrego przepisu na naleśniki gryczane, żaden mi się nie podobał, przypomniałam sobie jednak, że najlepsze naleśniki gryczane to francuskie „gallettes bretonnes”. To był strzał w dziesiątkę, francuski klasyczny przepis okazał się fantastyczny, naleśniki były pyszne.

 

Po wielu latach pracy jako tłumacz na etacie z tego etatu zrezygnowałaś. Czy to była trudna decyzja? I czy było Ci na początku trudno stanąć na nogach jako freelancer?

Decyzja była dość trudna i długo do niej dojrzewałam. Musiałam sobie to dobrze przemyśleć, by potem nie żałować zbyt pochopnego ruchu. Lubiłam firmę, w której pracowałam, mam tam wielu sympatycznych znajomych, tak się też złożyło, że moją bezpośrednią przełożoną przez kilka ostatnich lat była moja wieloletnia przyjaciółka. Czułam się tam dobrze, u siebie, doceniana. Wiedziałam, co tracę odchodząc, ale też domyślałam się, co zyskam.

Na etacie od dobrych paru lat mało tłumaczyłam, a sporo sprawdzałam pracy innych. To bardzo rozwijające zajęcie, bo na podstawie cudzych błędów można sporo się nauczyć. Jednak w pewnej chwili poczułam, że wpadam w rutynę, coraz trudniej znaleźć radość w czytaniu tego, co przetłumaczyli inni. Zatęskniłam za tym, by móc poświęcać się przede wszystkim przekładowi.

Miałam obawy, czy poradzę sobie finansowo, czy ogarnę kwestie księgowe. Dlatego na etapie przejściowym wróciłam do oprowadzania po Krakowie, by mieć jakieś wyjście awaryjne, gdyby było krucho ze zleceniami tłumaczeniowymi. Szybko jednak zrozumiałam, że nie ma się czego obawiać, skoro tłumaczę z trzech języków, zleceń nie brakuje. A próbując łapać dwie sroki za ogon, tracę na obu frontach. Obecnie jeszcze sporadycznie oprowadzam po zamku na Wawelu, bo jestem zakochana w tym miejscu, nie traktuję więc tego zajęcia jak pracy, to czysta przyjemność. Zrezygnowałam z oprowadzania po mieście i po innych muzeach (np. zdarzało mi się pracować dla Fabryki Schindlera). Wolę mieć więcej czasu na tłumaczenia i na pisanie (bloga i książek).

Pewną trudnością było wypracowanie sobie odpowiedniego tempa pracy, planowanie i utrzymanie dyscypliny. Pracując w domu, łatwo się rozproszyć. W pierwszych miesiącach zdarzało mi się siedzieć po nocach, by na czas oddać tłumaczenie, teraz już wiem, jakie mam tempo, ile czasu potrzebuję na określony rodzaj tekstu, więc takie wpadki się już nie zdarzają.

Dziękuję Ci ogromnie za tę rozmowę! Życzę Ci owocnej pracy nad nową książką i wielu fajnych czytelników na blogu 🙂

 

 

 


Mam nadzieję, że historia Ani się Wam podobała. Jeśli interesuje Was jej książka „Minimalizm po polsku”, to możecie ją zakupić w dowolnej księgarni internetowej, zarówno w wersji tradycyjnej, jak i elektronicznej. Moim zdaniem to najfajniejsza książka o minimalizmie, jaką przeczytałam.


A jeśli jeszcze nie znasz mojego kanału o językach obcych, tego zapraszam TUTAJ

Jeśli chcesz być informowana o nowych postach i nagraniach, to polub moją stronę na Facebooku  TUTAJ i upewnij się, że będziesz widzieć wszystkie powiadomienia. W tym celu kliknij w pole „lubię to” a następnie zaznacz tam „otrzymuj powiadomienia”. W ten sposób żaden post Ci nie umknie. Zachęcam Cię też do zapisania się na newsletter.


Jeśli podobał ci się ten artykuł, to może zainteresują cię podobne:

5 błędów popełnianych przez osoby uczące się języka obcego
Jak skutecznie uczyć się słownictwa w języku obcym
Jak uczyć się gramatyki języka obcego?
Jak uczyć się prawidłowej wymowy w języku obcym
5 fajnych i darmowych stron pomagających w nauce języka obcego
5 powodów dlaczego warto pisać dziennik w języku obcym