O blogu Segritty pisałam już w ubiegłym tygodniu z okazji Share Week’u. Tym razem wzięłam Matyldę na spytki, ponieważ odkryłam, że jest językowym zdolniachą :). Poczytajcie…

 

Jesteś blogerką już od bardzo dawna. Twoje dwa pierwsze blogi były pisane z Anglii i z Francji, gdzie przez pewien czas mieszkałaś. Czy to właśnie tych dwóch języków musiałaś uczyć się na studiach? Czy miałaś również epizody w życiu z innymi językami?

To nie do końca były moje dwa pierwsze blogi, bo jednak pierwsza była zwykła “Segritta”, ale faktycznie na czas mojego pobytu we Francji (półroczny Erasmus) oraz w Anglii (4 miesiące pracy w Londynie) założyłam oddzielne blogi zagraniczne, opisujące tylko wydarzenia związane z mieszkaniem za granicą.

Pierwszym językiem, jakiego zaczęłam się uczyć, był angielski. Pierwsze zajęcia miałam w 4 klasie podstawówki, ale były na tak niskim poziomie, że mama szybko zapisała mnie do prywatnej szkoły językowej, do której chodziłam aż do zdania egzaminu FCE a potem CAE. To było World Wide School, zajęcia w 10-osobowej grupie dzieci, dwa razy w tygodniu. W liceum mówiłam już po angielsku na tyle dobrze, że mogłam oglądać filmy w oryginale, dogadywać się z obcokrajowcami i czytać angielskie teksty w sieci. Ten poziom absolutnie wystarcza mi do dziś i dzięki niemu też bez problemu zdałam na 5 egzamin językowy na studiach, który zaliczył mi od razu cały przedmiot. W angielskim czuję się bardzo swobodnie w mowie i na “zrozumiemy się” w piśmie, choć w tym drugim robię masę błędów… :)

Z francuskim sytuacja była dość skomplikowana, bo zaczęłam się go uczyć w podstawówce z marnym rezultatem. Nic nie wchodziło mi do głowy, szybko się zniechęciłam i ze wszystkich zajęć pamiętałam tylko to, jak się po francusku czyta (na nauce wymowy francuskich liter bowiem skupialiśmy się na lekcjach). Potem zdałam do LO dwujęzycznego im. Stefanii Sempołowskiej, a tam pierwszy rok nauki poświęcony był tylko i wyłącznie nauce języka francuskiego, który w kolejnych latach miał stać się naszym językiem wykładowym (to była klasa 5-letnia). Tu jednak też coś poszło nie tak, bo nawet po skończeniu tego LO we francuskim czułam się zupełnie koszmarnie. Nie umiałam mówić, bałam się mówić, robiłam mnóstwo błędów i cała ta francuszczyzna kojarzyła mi się z wielkim stresem. Gdy jechałam na Erasmusa do Francji, ledwo ledwo zdałam kwalifikujący egzamin językowy i na początku w Paryżu miałam sporo problemów z mówieniem w tym języku.

Wydaje mi się, że wynika to z mojego dość specyficznego sposobu uczenia się języków obcych. Otóż najłatwiej i najszybciej uczę się jezyków, mówiąc nimi. Po prostu. Siedzenie i kucie reguł gramatycznych z nauczycielem, który w dodatku nie jest nativem, idzie mi bardzo źle. W moim LO miałam tylko jednego lektora – Francuza. Reszta była albo Polakami po studiach romanistycznych albo zwykłymi nauczycielami, których nauczono podstawowych, francuskich wyrażeń w ich dziedzinach nauczania i takim koślawym francuskim uczyli nas swoich przedmiotów wykładowych. W efekcie zmuszona byłam do nauki “biernej”, a więc polegającej głównie na słuchaniu i zapisywaniu, przez co nigdy nie poczułam tego językowego “flow”, które pozwala przekroczyć pewien poziom.

Wystarczyło jednak wyjechać do Paryża, skumać się z Francuzami, zdjąć z karku edukacyjne chomąto, karzący wzrok nauczyciela, groźbę jedynek i przeraźliwą nudę siedzenia w ławce – a dość szybko zaczęłam po francusku mówić. Podobnie szybko łapię podstawy każdego innego, romańskiego języka, gdy jadę np. do Hiszpanii lub Włoch. Wystarczy, że próbuję dogadać się z mieszkańcami danego kraju i z dnia na dzień mój poziom językowy rośnie. Na początku to oczywiście brzmi jak jakiś koszmarny miks francuskiego, hiszpańskiego, łaciny i włoskiego, ale z czasem uczę się kolejnych słów, zwrotów i konstrukcji. Wydaje mi się, że wystarczyłoby mi 2 miesiące w Palermo, by nauczyć się podstaw Włoskiego. I nie musiałabym chodzić do żadnej szkoły językowej. :)

 

Tak właśnie na naukę języków reaguje większość ludzi. Dopiero kontakt z żywym językiem przynosi efekty. A co byś  poradziła tym tysiącom uczniów, którzy dziś znajdują się w takiej samej sytuacji, jak Ty kiedyś? Siedzącym na nudnych lekcjach, dłubiącym w ćwiczeniach gramatycznych i przez to myślącym, że brak im talentu na nauki języków?

U mnie w nauce języków obcych sprawdza się odwaga. To znaczy – taka bezczelna śmiałość do posługiwania się językiem nawet wtedy, gdy jego znajomość jeszcze raczkuje i robi się wiele błędów. Im więcej mówię – nawet mieszając języki, dukając, wymyślając słowa i tworząc jakieś przedziwne konstrukcje gramatyczne – tym szybciej uczę się języka.

Dlatego tak fatalnie szła mi nauka w szkole; bo szkoła ma na wielu uczniów bardzo onieśmielający wpływ. Jesteśmy tam wiecznie oceniani, krytykowani i poprawiani. A do tego wszystkiego dochodzi ryzyko zrobienia z siebie idioty na oczach kolegów. Nic dziwnego, że wolimy wtedy milczeć i nie wychylać się. Tylko że wtedy trudno się nauczyć mówić. Oczywiście najchętniej poradziłabym takiemu uczniowi, żeby miał w dupie zdanie kolegów i nauczycieli i po prostu gadał, próbował i robił błędy. Ale łatwo powiedzieć, gdy się ma 30 lat i dystans do czasów szkolnych… Wtedy każda zła ocena, śmiech kolegów czy dezaprobata w oczach nauczyciela potrafiła bardzo boleć.

Dlatego poradzę młodym co innego – gadajcie poza szkołą. Na korepetycjach z native-speakerem, na zagranicznych forach internetowych lub z ludźmi poznanymi specjalnie w celach językowych. W czasach mojej podstawówki istniało coś takiego jak pen-friends. Zgłosiłam się tam, dostałam adresy odpowiadających mi wiekowo i pod kątem zainteresowań dzieci z całego świata, a następnie prowadziłam z nimi korespondencję klasyczną pocztą, śląc długie listy i ćwicząc pisanie po angielsku. Jestem pewna, że w dobie internetu istnieją podobne organizacje lub miejsca w sieci, gdzie można pokorespondować z rówieśnikami w dowolnym języku – lub nawet pogadać z nimi na żywo na czymś w rodzaju Skype’a, żeby poćwiczyć język mówiony.

O, mam jeszcze jedną, świetną radę, którą kradnę mojemu staremu znajomemu. Otóż zawsze miał on problemy z niemieckim. Uczył się go w szkole, ale szło mu fatalnie i dostawał najgorsze oceny w klasie. W pewne wakacje zawziął się i postanowił coś ze swoim niemieckim zrobić. Co kilka dni nagrywał więc wiadomości z niemieckiego kanału telewizyjnego a następnie puszczał je sobie, powtarzał słowo w słowo to, co mówił spiker i uczył się tego na pamięć. Gdy nauczył się jednych wiadomości, nagrywał kolejne. I tak przez całe wakacje. We wrześniu okazało się, że pobił poziomem wszystkie inne dzieci w klasie. Takie pamięciowe opanowywanie języka, mimo że zupełnie nie uczył się gramatyki, pozwoliło mu jakby “podświadomie” zrozumieć pewne konstrukcje gramatyczne a do tego niemiecki spiker telewizyjny posługiwał się przecież wzorcowym językiem, świetną wymową i dykcją, więc stanowił doskonały wzór do naśladowania poprawnego akcentu. Dziś mój znajomy jest germanistą i sam uczy niemieckiego.

 

 

Super! Świetne rady! A czy pamiętasz takie przełomowe momenty w twojej nauce, kiedy nagle zauważyłaś, że jest lepiej? Kiedy po prostu zrozumiałaś bez problemu to, co ktoś Ci powiedział i bez problemu odpowiedziałaś? Kiedy poczułaś, że naprawdę jesteś już użytkownikiem tego języka? Np. Steffen Möller przeżył taki moment w warszawskim tramwaju, kiedy ktoś zapytał go o godzinę :)

Cały czas mam takie dziwne momenty, gdy np. łapię się na tym, że nie mam pojęcia, w jakim języku czytałam przed chwilą artykuł. Jakoś tak mi ten angielski już wszedł w krew, że większość tekstów lub filmów rozumiem całkiem naturalnie, nie zdając sobie sprawy, jakim aktualnie językiem się posługuję. Niestety nie ma to przełożenia na pisanie po angielsku, ale może kiedyś się za to wreszcie wezmę i dopracuję angielszczyznę na papierze :)

Na pewno przełomowym momentem w nauce każdego z języków były pierwsze kontakty z obcokrajowcami, a właściwie… drugie kontakty. Nie mam pojęcia, jak to zjawisko się nazywa w psychologii, ale jestem przekonana, że nie jestem jedyną osobą, która je zaobserwowała. Otóż ważną rolę w nauce języka (choć nie tylko języka) pełni przerwa. Taki odpoczynek od nauki. W przypadku wyjazdów zagranicznych funkcję takiej mikro-przerwy pełni pierwsza lub druga noc po przybyciu na miejsce. Scenariusz jest zwykle taki: przylatuję, spędzam czas z ludźmi, gadając np. po francusku i przypominając sobie ten rzadko przeze mnie używany język. Idzie słabo, bo język jest jak mięsień – jeśli go nie ćwiczysz, zanika. Po całym dniu starania się i kostropatego mówienia po francusku wracam do hotelu, idę spać, następnego dnia jem śniadanie, znowu idę do ludzi i …bam! Nagle mówię już całkiem płynnie! To był przykład przerwy jednonocnej, która fajnie przypomina język, który już znamy. Ale warto też robić przerwy w nauce nowych języków. I mam tu na myśli nawet kilkumiesięczne przerwy, np. po roku nauki języka, zrób sobie od niego wakacje. Jest duża szansa, że po powrocie na lekcje, będzie Ci szło dużo lepiej niż wcześniej.

 

Jasne, wakacje są potrzebne czasem od wszystkiego. A czy uważasz, że znajomość języków obcych jest ważna? Czy przydały Ci się już one w pracy lub jako blogerce?

Jej, no pewnie, że znajomość języków jest ważna! Przede wszystkim pozwala się komunikować z ludźmi poza Polską, poznawać Świat. Osobiście nie lubię jeździć do krajów, których języka zupełnie nie znam, bo wtedy czuję, że tak naprawdę tego kraju nie poznaję, tylko oglądam widokówki. Na żywo, w 3d, ale jednak tylko widokówki, bo kraj to w dużej mierze jego ludzie, kultura, sposób myślenia – a to poznajemy przez język. Poza tym nauka języków ćwiczy mózg. Myślę, że też samo używanie wielu języków go ćwiczy, bo w końcu wymaga od użytkownika aktywnego posługiwania się dużo szerszą leksyką i większą liczbą reguł gramatycznych niż to czyni użytkownik jednego języka.

Czy języki przydały mi się w pracy? Tak wiele razy, że trudno zliczyć. Przydają się przy czytaniu źródeł, przy komunikacji z zagranicznymi klientami lub partnerami, przy doszkalaniu się. Dla kogoś pracującego w internecie, jak ja, niewyobrażalny jest brak znajomości angielskiego, bo najwięcej wiedzy w tym temacie jest właśnie w języku angielskim.

 

Dzięki Ci Matyldo za tę krótką, ale bardzo owocną rozmowę. Myślę, że moi czytelnicy z tych licznych ciekawostek wyniosą coś dla siebie.

 

[spacer style=”1″]

Więcej na temat Matyldy, czyli Segritty, możecie się oczywiście dowiedzieć na jej blogu segritta.pl.

 

[spacer style=”1″]

A jeśli jeszcze nie znasz mojego kanału o językach obcych, tego zapraszam TUTAJ

Jeśli chcesz być informowana o nowych postach i nagraniach, to polub moją stronę na Facebooku  TUTAJ i upewnij się, że będziesz widzieć wszystkie powiadomienia. W tym celu kliknij w pole „lubię to” a następnie zaznacz tam „otrzymuj powiadomienia”. W ten sposób żaden post Ci nie umknie. Zachęcam Cię też do zapisania się na newsletter.

Strona korzysta z plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies możesz określić w Twojej przeglądarce.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Zamknij